środa, 11 listopada 2009

"Spojrzenie Boczne" asystenta...


Chciałbym przez chwilę zastanowić się nad rolą asystenta...
Jak widać na załączonym obrazku pełni on rolę kluczową przy wielu kadrach. Niech Was nie zmyli nonszalancja ukazana tą ręką w kieszeni, tutaj każdy ruch jest zaplanowany, a każda poza ma swoje znaczenie :)

Bardzo trudno jest o dobrego asystenta. Takiego, który rozumie kiedy należy zawiasy szczękowe trzymać zwarte, a kiedy może pozwolić sobie na drobną uwagę, bo wbrew pozorom wcale nie jego umiejętności techniczne są najważniejsza, ale... estetyka i rozumienie się z fotografem.

To, że asystent musi wiedzieć gdzie stanąć by nie zasłaniać światła z okna, że musi wiedzieć jak posługiwać się blenda by nie dodać za dużo światła - to jest norma jakaś. Podstawówka.
Ale znaleźć takiego, który szepnie: "wiesz co, do dupy ten kadr" po godzinie ustawiania modeli - to jest Święty Graal :)

Mam szczęście.

Mam dobrego asystenta, choć to określenie względem niego jest niesprawiedliwe, bo to jest po prostu mój partner fotograficzny. Fotograf - jako i ja jestem.
Ale ma dar.
Spojrzenia bocznego - tak to się nazywa w mojej terminologii. "Spojrzenie boczne".

Kto umie spoglądać bocznie potrafi zrobić wszystko. Niektórzy twierdzą, że spojrzenie boczne jest łatwiejsze, bo nie jesteśmy narażeni na stres robienia zdjęcia, jak fotograf.
Że łatwiej jest dostrzec niuanse.
Ale ja twierdze, że wcale tak nie jest, bo asystent widzi rzeczy z boku. Ja mam na głowie szmatę, patrze w matówkę 8x10 cali i widzę, co widzę.
A asystent? Asystent widzi oczami wyobraźni to, co ja widzę i jeszcze umie to skorygować. Szelma...


Wiele moich zdjęć wygląda jak wygląda dzięki dwóm, trzem słowom asystenta...
Taka prawda.
Dlatego podkreślam zbiorowy charakter akurat moich fotografii.


wtorek, 10 listopada 2009

Sponsor...


Z angielska [:ze sponsor] :)

A pytanie brzmi - jak znaleźć sponsora?
Ale tak po kolei, jaka jest droga aby otrzymać pieniądze na jakiś swój projekt fotograficzny lub na wystawę?

No bo co..?
Robię wydruki i pielgrzymuje po firmach, gdzie moja droga kończy się w 80% na recepcji..? I nigdy nie dociera do osób decyzyjnych?
Wysyłam płyty DVD z prezentacjami?
Dzwonię po biurach?

Chętnie zrobiłbym wystawę swoich prac. Zbieram kasę, ale jak w życiu, skarbonkę muszę rozbijać już po miesiącu, bo akurat mi końcówki drążków szwankują i sworznie czas wymienić :)
Skorupami od skarbonek zapchałem już pół piwnicy. A wystawa się oddala.

Artysta nie jestem więc nikt nie chce wystawiać mnie w CSW - bo moje prace są takie "normalne". Nie umiem fotografować krzaków w wmawiać ludziom, że to "reminiscencje mojej jaźni zamknięte między plątaniną liści i gałązek"
Stypendium nie dostanę, bo nie mam dorobku artystycznego, bo tych cholernych krzaków nie fotografowałem!

Zero zaplecza, zero sukcesów...

Dodatkowo, obniżając aspirację, szukam knajp które by za darmo wystawiły prace, ale i tam nie mogę, bo sumienie nie pozwala wypieszczonych kadrów wieszać na oplutej i zadymionej ścianie. No i barty psuje się od tytoniowego podmuchu. Poza tym, zaraz ktoś zniszczy.

To jak zebrać kasę...? Co by się pokazać..?
I ile trzeba zebrać?

Taka wystawa z 20 powiększeniami to pewnie jakieś 10-20tys lekko licząc. Wydruki, ramy, wynajem sali, transport, wernisaż.
Niby nie aż tak dużo, a jednak...

A Wy szukacie sponsorów... nie pytam o rodziców ?:)


poniedziałek, 9 listopada 2009

Portret kolodion 40x50cm!


No... to jest coś :)



niedziela, 8 listopada 2009

Wszędzie dobrze tam, gdzie.... mamy czas...


Właśnie.

Miałem okazję zobaczyć kawalątek Polski południowej. A dokładnie Podkarpacie w miniaturze. I wiecie co, jadąc samochodem po tych okolicach zdałem sobie sprawę, że ich krajobraz jest zdecydowanie bardziej "atrakcyjny fotograficznie" od moich okolic pomorskich.

Takie bardziej urozmaicony, jakby przez to weselszy, jakby też bardziej zwarty - może przez brak płaskiej perspektywy...
W każdym razie - odczułem, że jest fajniej, ze mam ochotę porobić zdjęcia plenerowe, których już dawno nie robiłem.

Wieczorem porozmawiałem z miejscowym pstrykaczem i on wysłuchał tych moich wynurzeń pobłażliwie uśmiechając się pod nosem.
Kiedy zawiesiłem pytanie w powietrzu licząc na jego wdzięczność, że zauważyłem te wszystkie zalety ich regionu, on odparł jednym zdaniem, które zabrzmiało jak finalny dźwięk zamykający koncert.
- Ale wy macie... morze!

Tak.
Czyli co, stawiamy na szali atrakcyjności fotograficznej morze i góry? Co przechyli się?

Efekt nowości działa w fotografii bezbłędnie. To, co mnie wydaje się banalne: te wschody słońca nad morzem, ten szum, ten jod, te piach... ma inny wymiar 650km na południe. Romantyczny taki.

Ale jest też inna sprawa.
- Wysłałeś zdjęcie na konkurs o Gdańsku? - spytała mnie Małgosia.
- Nie, bo nie umiem odkryć w tym mieście już nic zaskakującego.

Idiotyczne. Bo miasto moje zmienia się wraz porami roku, zawsze potrafi zaskoczyć. Tylko ja chyba przestałem to dostrzegać. Bo nie mam kiedy, bo nie mam jak. Czas stał się dla mnie deficytowy bardziej niż jabłka na wiosnę.

Poświęcam go na "niesiebie", poświęcam go na rodzinę, na zaległe sprawy, a zostaje go dla mnie w ilości, która przekłada się na jedną, dwie fiszki w miesiącu. Gdybym miał czasu więcej, zarówno góry, jak i morze byłyby tak samo atrakcyjne.

A tak...?

Ale zawsze mam wybór.
Młody na karku machający nogami pod pachami lub aparat, ulica i...

No właśnie... jedno słowo:
"priorytety" - bolące miejsce w moim mózgu.

Sopot, luty 2008


~~~~
PS
Wpis dedykuję Pani I.





środa, 4 listopada 2009

Jesienny foto zarobek - 7,5mln USD



Dokładnie 7,484,100 dolarów amerykańskich zarobiły zdjęcia sprzedane w sezonie jesiennym na aukcjach Domu Aukcyjnego Christie's. To swoisty rekord świata sprzedaży fotografii.

Dzień 7 i 8 października przejdzie do annałów jeśli chodzi o wylicytowane kwoty za fotografię na świecie. No, ale nie ma się co dziwić, bo na listach sprzedażowych znalazły się m.in. zdjęcia takich autorów jak: Bruce Davidson, Adolph De Meyer, Heinrich Kuehn, Sally Mann, Richard Misrach, Erwin Olaf, Marcus Aurelius Root czy Joel-Peter Witkin.


Ceny kształtowały się różnie, bo też i ilość zdjęć sprzedawanych w kolekcjach była naprawdę spora. Rodzynkiem jesiennym okazał się zbiór kolorowych zdjęć z kolekcji Bruce i Nancy Berman "The American Landscape", które to zdjęcia różnych autorów poszły za 1,544,625usd i obejmowała kilkadziesiąt pozycji, m.in.: William Egglestone, William Christenberry, Mitch Epstein.

Prywatna kolekcja 59. zdjęć Sally Mann poszła za 667,625usd, a pojedyncza praca Adolph de Meyer "Water Lilies" (platyna) osiągnęła cenę 170,500usd i była to najwyższa cena jaką kiedykolwiek zapłacono za dzieło tego fotografa.



Dokładnie tyle samo wyciągnął Robert Frank za swoją odbitkę "Fish Kill".


Swój osobisty rekord cenowy za jedno zdjęcie pobił też Erwin Olaf, który pojedyncze zdjęcie "Hope 5" sprzedał za 40,000usd. Teraz już rozumiem dlaczego na swojej stronie Erwin umieszcza pełnowymiarowe obrazki i nie ma tam żadnych zabezpieczeń przed ich ściąganiem :)



I znowu rodzynek - pojedyncze zdjęcie "Greenwood, Mississippi" autorstwa William Eggleston'a, które osiągnęło 158,500usd. To naprawdę szaleństwo.



Irving Penn też odcisnął swój ślad zdjęciem "Cuzco Newsboy", sprzedanym za 72,100usd.



Nie mogło zabraknąć jesienią Ansela Adams'a. Wszak to cudowna pora dla fotografów przyrody. Jego praca "Portfolio Three: Yosemite Valley" sprzedała się za 116,500usd.



A na koniec dagerotypista Marcus Aurelius Root, którego zdjęcie "Anthony Pritchard, 1850" osiągnęło zawrotną cenę 350,500usd.



No i teraz sobie posiedźmy w ciszy....


poniedziałek, 2 listopada 2009

Upośledzenie ...


Tego się obawiałem.

Okazuje się Moi Drodzy, że dla wielu z fotografów, którzy poddali się cyfrze, którzy zachłysnęli się bitami zamkniętymi w małym, czarnym puzderku karty flash, nie ma już powrotu do analoga.
Nie ma, bo nie są już w stanie zrobić zdjęcia i nie obrabiać go godzinami w PS.

Dla nich, obraz zarejestrowany na filmie jest po prostu zły, niedobry.
Ich estetyka przesiąkła już obróbką, przesiąkła plastikiem i gładkością jakiejś tam kolejnej matrycy z milionami czegoś.

Na jednym z blogów znalazłem zdjęcia. Nie wiem czemu wszystkie fotografowane tam osoby mają skórę albo żółta, albo zieloną, albo inne kolory ciągnięte w Lightroom się tam pojawiają, ale jest też "powrót do analoga" - jak napisał autor.

I to jest świetny przykład tego, że spaczenie cyfra przechodzi na umiejętność (a właściwie nieumiejętność) zrobienia poprawnego (już nawet nie dobrego) zdjęcia aparatem fotograficznym, a nie cyfrówką.

O ile cześć z tych cyfrowych fotek wygląda jako tako i może się podobać Pannom Młodym (bo to blog ślubny), o tyle te "analogowe" próby są porażające.


Upośledzenie cyfrowe jako choroba.

Objawy i przebieg choroby:

1. Osoby upośledzone cyfrą maja coraz większy problem z naświetleniem poprawnym klatki. Z poprawnym zmierzeniem światła i to nawet światłomierzem wbudowanym, bo nawet z nim - zawsze przecież RAW daje im 2-3 działki zapasu!

2. Osoby upośledzone cyfrą nie rozumieją rozkładu świateł w scenie. Nie umiejąc dostrzec różnicy w kontraście oświetlenia i przełożyć tego na efekt na filmie. Bo przecież mają "Recovery" w Lightroom - po co się męczyć umysłowo...?!

3. Osoby upośledzone cyfrowo nie potrafią znieść efektów, które uzyskają na błonie, nawet jeśli zarejestrują poprawny obraz. One muszą go "poprawić". Czyli spieprzyć.

4. Upośledzenie cyfrą jest jednostką chorobową współczesnego świata i tyczy się również innych dziedzin życia. Gramatyki, ortografii, wiedzy, myślenia generalnie.


Zapobieganie objawom:

1. Jedynym właściwie sposobem na wyjście z upośledzenia jest natychmiastowe przestanie fotografowania cyfrą.

2. Usunięcie z trybie totalnym wszelkich programów graficznych lub ich skuteczne zablokowanie na co najmniej miesiąc.

3. Natychmiastowe wyrzucenie do archiwum całego dotychczasowego zebranego urobku z pracy cyfrą.

4. Zaprzestanie oglądania stron poświęconych cyfrowym plikom.

Wbrew oczekiwaniom, nie jest lekarstwem zakup analoga. Zwłaszcza Pentacona Six!!! Tym bardziej Łomo, a już na pewno tragicznie skończy się zakup Polaroida SX-70!!
Należy tego unikać.


Leczenie:

1. Należy kupić albumy fotograficzne klasyków fotografii za kwotę nie mniejszą niż 5000zł. Co stanowi zaledwie 1/4 kwoty wysokiej klasy cyfrówki z obiektywem.

2. Dawkowanie powinno odbywać się w powiązaniu z trybem życia: rano - pół albumu z portretu, popołudniu - ćwierć albumu reportażowego, wieczorem - oczywiście cały album aktu.

3. Zakupić pięć rolek filmu małoobrazkowego i każdego ranka wdychać jego zapach przez około minutę. Czynność powtórzyć przed snem. Materiał należy przechowywać w lodówce.

4. Codziennie rano, zaraz po przebudzeniu się, a przed umyciem twarzy - wyjść na balkon (opcjonalnie okno) i popatrzeć na światło. Potem spojrzeć na wnętrze pokoju i zastanowić się jak mocno musimy otworzyć oczy by coś zobaczyć. Czynność powtarzać również w czasie wyjścia z klatki na dwór.

5. Z zegarkiem w ręku zmierzyć czas potrzebny na włożenie do końca klucza do zamka patentowego. Od momentu dotknięcia czubkiem zamka, do całkowitego wejścia tegoż.


Nie jest przesądzone, że przytoczone powyżej zabiegi odniosą skutek. Jedno jest jednak pewne. Jeśli tego nie zrobicie, to umrzecie fotograficznie...



PS
"Przed zastosowaniem leku, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą"




niedziela, 1 listopada 2009

[i] [i] [i] [i] [i] [i]... 2009


Willy Ronis


Irving Penn


Julius Shulman


Roy DeCarava


Hubert Van Es


Helen Levitt

Żebyśmy pamiętali...



piątek, 30 października 2009

Jak nie robić photocastów...


Aż przykro mi, że przykładem na temat tego posta będzie link do strony agencji, która wyznaczała (wyznacza!?) kierunki i trendy w rozwoju fotografii przez ostatnie dobre 50 lat. No, ale wszystko się zmienia, do tej samej rzeki paluchów nie da się włożyć wiec, jak widać i Agencja Magnum, bo o niej mowa, podlega prawom korozji... korozji jakości.

Oto poniżej link do photocastu tejże agencji z materiałem z Gruzji, a właściwie o Gruzji, a tak już super dokładnie do materiału o prezydencie Gruzji >>> Georgian Spring.


Oglądnąłem to trochę z zażenowaniem. Zarówno ze względu na same zdjęcia, ale przede wszystkim na formę jaka przyjął ten konkretny cast. Bałagan jakiś zupełny, kupy się to nie trzyma. Zdjęcia są po prostu słabe, a całość rozłazi się jak stare kapcie babci.

I choć niektóre, inne zdjęcia Thomasa Dworzaka utrzymane są w bardziej lub mniej lubianej konwencji wojennej - to tutaj się nie popisał jakoś.

Pozostaje pytanie... czy pogoń za nowoczesnymi technikami, nie staje się drogą ku przepaści dla części fotografów, agencji czy też całych wydawnictw...?
A może poszukiwanie niszy i trzymanie się tradycji ma jednak szansę na prowadzenie biznesu w tej działce reportersko-prasowej?

środa, 28 października 2009

Pomysł na pokazanie...


Temat tego jak pokazywać fotografię jest odwieczny.
Odwieczne też wydaje się zestawienie ze sobą dwóch zmiennych: formy i treści.

Ostatnio publikowałem info o moim wymarzonym miejscu na wernisaż i za każdym razem gdy w sieci znajduje jakieś ciekawe fotki backstage z wystaw, staram się to zbierać i wnioskować w czym leży pies pogrzebany, że niektóre wystawy oglądamy z zainteresowaniem, a niektóre przypominają przypięta do drzwi sklepu kartkę "Zaraz wracam - autor".

O tym, jak pokazać swoje zdjęcia decyduje mnóstwo czynników. Przede wszystkim pewnie rodzaj fotografii, działka, w której działamy. Inaczej pokazać można street, a inaczej fotki ptaków. Inaczej portrety, a inaczej akty.

Znalezienie złotego środka i znalezienie funduszy, to klucz do sukcesu - mam wrażenie.

Na ten przykład, znajdujący się teraz na pierwszym miejscu mojej listy zainteresowań mokry kolodion, poza sprawianiem trudności w samym "procesie zdjęciowym", sprawia też problem prezentacyjny potem. No bo jak pokazać oryginał (płyta szklana lub metalowa) na ścianie..?
Sam wydruk z zeskanowanego szkła to co innego. Odbitka albuminowa (często stosowana w kolodionie) to tez odbitka, ale jak pokazać ciężką szybę 8x10 cali!? I to pokazać tak, aby coś było widać!?
Mam wrażenie, że dobre rozwiązanie znalazła Ellen Susan, którą kiedyś tutaj wspominałem i Jej projekt "Soldier Portraits", w całości robiony na mokrym kolodionie. Ona połączyła ogień z wodą i zaprezentowała widzom zarówno atrakcyjną formułę oryginalnych płyt, jak i powiększenia dające więcej szczegółu i będące lepsze w odbiorze.
Czysto schludnie i elegancko. Czyli wszystko co pozwala obcować z "kulturalną estetyką".

Wspaniały pomysł na swoje negatywy kolodionowe ma Henning Sjögren, który swoje płyty 10x10 umieścił na drewnie... musi ono być ciemne, bo wówczas negatywowy obraz na białym szkle zmienia się w pozytyw.
A jak to wyglądało na płocie...?:) Ano tak to wyglądało...

Swoją droga takie publiczne, szalone trochę prezentowanie zdjęć ma coś w sobie z przełamywaniem granic między odbiorcą a twórcami, którzy wtłoczeni w ściany galerii często cierpią na brak widza. Ulica zaczyna być medium, nośnikiem równie sprawnym dla fotografii artystycznej, co dla billboardów reklamowych.
Znana inicjatywa Galerii bezdomnej chyba do czegoś takiego starała się nawiązać. Nie wiem czy to nadal krąży po Polsce, ale słychać o tym mało... :(


Niemniej, mnie kusi rozmach. Prestiż miejsca (jakiś kościół, muzeum, zamek) i mam wrażenie, że styl fotografowania predestynuje portrety do takich miejsc.

Ma ktoś zamek...?
Poza tym w dżinsach :)!


A na koniec, słowa uznania za odwagę i polot dla dyrekcji Muzeum Sztuk Pięknych w Sevilli. Zobaczcie jakie fantastyczne "złożenia" i współistnienie z historią zaproponowali Piotrowi Gonnardowi i Jego portretom!
Aż się morda śmieje :)






fot.: Pierre Gonnard (x6)




poniedziałek, 26 października 2009

Czarne palce...


No dobrze, żeby nie było, że krowa ryczy i mało mleka daje, to informuje, że od kilku dni mam czarne palce :)
Ci, którzy wiedzą jakie ślady pozostawia azotan srebra łatwo się domyślą, że uczulacz ten, stanowiący jeden z etapów procesu mokrego kolodionu, jest powodem zaczernienia opuszków mych :)

Po kilku próbach, załamywaniu rak, nieprzespanych nocach i dziesiątkach telefonów do ludzi mądrzejszych ode mnie - zrobiłem w końcu piątą płytę, która nadaje się jakoś do pokazania światu :)

Ale zanim to, to chcę podziękować wszystkim, którzy za rękę mnie prowadzili i praktycznie bezinteresownie angażowali swój czas, pieniądze i pomysły by pomóc mi.

Stachowi - za aparat! :)
Michałowi - za miech :)
Michałom Dwóm - za wsparcie technologiczne i wsparcie psychiczne w godzinach zwątpień :)
Grzegorzowi - za przypomnienie czym jest chemia i za "sok z gumijagód" :)
I całej masie dobrych ludzi...

A oto.... parostki... :)
Oczywiście to nie dzieło, to płyta, ot zmogłem się z procesem. Udało się. Teraz ćwicz Jasiu i powtarzaj :)
W tym wypadku Ambrotyp (czarne szkło), 8x10 cali.




Technika jest kapryśna, potrafi być złudna i uwielbia promieniowanie UV... czego wyrazem jest obraz na szkle.